[Deravierres] Sektor Velmer



  • Hans
    //Ten odpis również może być wątpliwej jakości, bo w sumie nie wiem co mógłbym tu szczególnego napisać :v //
    Nie spodziewał się, że ktokolwiek z kompanów będzie wyposażony w granaty dymne. I przez ten fakt, nie wiedział jak zaplanować swą trasę do celu. Normalnie leciałby od punktu do punktu, w ostateczności czołgając się całą drogę, ale teraz, może mógłby zaryzykować? Może przeciwnik skupi swą uwagę na wypatrzeniu kogoś w dymie i da Hansowi szansę na zrobienie kilku kroczków?
    Spojrzał jeszcze raz na możliwą trasę i wiedział już, że porzuci pomysł ominięcia kilku kryjówek. Jeden z rowów leży zbyt daleko, by mógł porwać się na tak heroiczny bieg. Póki co więc, odczekał więc chwilę i ruszył do tegoż dołu, by w nim przygotować się na podróż do tego położonego znacznie dalej. W nim już spojrzał jak radzi sobie pozostała część, czy to w jego odnodze, czy tej przeciwnej.
    //Nie wiedziałem czy opisywać całą drogę, więc zostawię tak, najwyżej zatrzymasz go wcześniej.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Wiedziała, że w wojsku będą emocje, ale spodziewała się ich na polu walki, a nie na cholernym drzewie! Kiedy poczuła że spada, zadziałała najpewniej instynktownie, za co dziękowała Stwórcy… Ale i wyklinała siebie, że głupi ryk potrafił tak nią ruszyć. Tak, była zła na siebie, bo się czegoś bała. Strach nie przystoi żołnierzowi, a już na pewnie nie przed darciem japy… czegoś…
      Myśli na bok, bo oto zeszła, tym razem na spokojnie. I tak też starała się wyglądać. Zasalutowała i przeszła do konkretów:
       – Zauważyłam rannego Anschreickiego żołnierza, który zniknął w krzakach. Nie kierował się na pozycję ogniową. Obserwowałam go od czasu do czasu, mając nadzieję że jednak z nich wyjdzie. Po chwili usłyszałam… krzyk. Początkowo myślałam, że to może ten ranny, ale szybko wykroczył poza ludzką normę… Wtedy zostałam tu zawołana. Może by posłać do niego jakiegoś medyka… z obstawą – zasugerowała. – Stwierdzam też brak jakichkolwiek śladów Imperialistów. Czekam na dalsze rozkazy.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Hans
    Cała grupa awangardowa metodycznie posuwała się dalej. Hans wychylił się lekko z dołu. Dwóch szturmowców usiłowało szybko przemieścić się za sztuczną chmurą z granatu, kiedy to ni stąd, ni zowąd odezwał się wrogi kaem. Seria kul przeszła przez dym i przyszpiliła ich do ziemi. Rozległ się głuchy dźwięk i chlusnęła krew. Jeden z żołnierzy oberwał prosto w ramię i stoczył się do jednego z dołów, opętańczo wrzeszcząc. Wtedy wszystkie ruchy na pasie ziemi zamarły w miejscu, jakby nagle zamrożone. Blecher przeczołgał się pod pasem ziemi, unikając kul i coś do nich krzyczał, ale świst kul rozrywających powietrze i krzyki rannego go zagłuszały.

    Coś potężnie grzmotnęło za plecami młodzieńca. Ziemia zadrżała. Odwrócił się i dostrzegł spore eksplozje, które szargały ich okopem, trzymając potencjalne wsparcie w miejscu i uniemożliwiając prowadzenie ognia osłonowego. Zapanował zupełny chaos. Hałas był tak wielki, że nie słyszał nawet własnych myśli. Ogłuszająca symfonia sprawiła, że widział wszystko we mgle. Wszystko wydawało mu się rozmazane, jakby miał poważniejszą wadę wzroku i z niewiadomej przyczyny stracił okulary. Jedyną rzeczą, która stała się wyraźna, była kolejna osłona dymna, tuż przed Blecherem, który leżał na boku i przywoływał ich do siebie.

    Ines
    Kobieta słuchała z zaciekawieniem, kiwając lekko głową. Otworzyła lekko usta i uniosła wysoko brwi w zdziwieniu.
    - Nic nie słyszałam – powiedziała powoli. – Nie wołałam cię, a reszta siedzi zajęta karabinem maszynowym. Jesteś pewna, że ci się nie przesłyszało? Przy stresie związanym z bojem mózg często płata figle – przerwała nagle i uniosła lekko głowę, jakby sama czegoś nasłuchiwała. Potem spojrzała na nią z zainteresowaniem. – Zaprowadź mnie do miejsca, w którym zniknął ten żołnierz. Jeśli jest ranny, to trzeba jak najszybciej udzielić mu pomocy.



  • Hans
    Młodzieniec już szykował się do zrywu, już szukał wzrokiem możliwej dalszej drogi, spiął się cały i miał wystrzelić. Coś go jednak skutecznie do tego zniechęciło. Na dźwięk serii z kaema schował się głębiej za osłoną. Chciał się nawet cofnąć, ale ponownie jego plany zostały skutecznie zniweczone. Czuł się jak w pułapce, z przodu kaem, a z tyłu artyleria. Nie zamierzał zostawać w osłonie ani chwili dłużej, obawiając się, że kolejny pocisk skutecznie go sprzątnie. Nie wiedział co było gorsze - kaem z przodu, czy artyleria z tyłu.
    Wyjrzał jeszcze raz zza osłony, by upewnić się co do drogi, jednak, wszechobecny hałas skutecznie stępił mu praktycznie każdy możliwy zmysł. Nie wiedział co robić, nie znał przecież nawet drogi.
    Ostatecznie zwyciężył strach przed artylerią. Młody ponownie się spiął i przygotował się do biegu. Na chwilę przed startem stwierdził, że może to być jednak zły pomysł i rozpoczął czołganie się do przodu, do następnej osłony.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Hans
    Najgorsze, co mógłby zrobić w tej sytuacji, to się zatrzymać. Wyczołgał się ostrożnie z leja i parł ostrożnie przed siebie, do następnej dziury. Kule świszczały mu nad głową, a błotnista ziemia trzęsła się jak galareta. To nie wyglądało na małe stanowisko oporu i mikry posterunek. Byłoby tak, gdyby pruł do nich tylko kaem. Tymczasem kilka chwil po pierwszej serii, pociski artyleryjskie spadły na pierwszy okop, zamykając awangardę w śmiercionośnych kleszczach. Wiedzieli, że zaatakują. Czekali na nich.

    Reszta grupy czołgała się razem z Hansem lub w ogóle nie wychodziła ze swoich dziur. Druga część próbowała na ślepo strzelać do Imperialistów skrytych pod osłoną gęstych krzaków, chcąc choć trochę przycisnąć ich do ziemi. Grupa, która poszła lewą stroną chyba w ogóle nie wyszła z rowu. Ktoś rzucił trzeci granat dymny, który wylądował parę metrów przed jego twarzą. Kątem oka, jakieś kilkanaście metrów od niego, padł krótki granat trzonkowy z ciemną koszulką odłamkową w kształcie równych rombów na metalowym korpusie. Wybuchł, posyłając wszędzie odłamki. Coś przeleciało mu tuż nad uchem, a czołgający się żołdak parę metrów od niego przewrócił się na plecy. Kurczowo trzymał się szyi i głośno charczał, nieefektownie walcząc z masywnym krwotokiem z tętnicy.

    Mimo lecących wszędzie kul i szrapneli, udało mu się doczołgać do ostatniego leja. Do Blechera miał dosłowny rzut beretu. Sprawę nieco ułatwiała mu kolejna zasłona dymna, która kryła najkrótszą drogę do niego gęstą chmurą.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Nogi jej zmiękły, ale nie dała tego po sobie poznać. Nic nie słyszała? I do tego jej nie wołała…? Ale jak to możliwe? Faktycznie się przesłyszała? tak mocno? Toć na froncie coś takiego może na nią sprowadzić zgubę! Dobra Ines, oby to było ostatni raz, teraz musisz się pilnować!
      Wzięła kilka głębokich, mentalnych wdechów. Już spokojnie… kiwnęła głową i zaczęła podążać w krzaki, gdzie zniknął ten obcy żołnierz. Rzecz jasna próbując zorientować się w terenie, iść po miejscach jakie jej się kojarzyły z tamtejszą okolicą…
       – Z jakimi przypadkami takich… figli się pani spotkała? – spytała się, aby umilić im wspólną podróż… lub się czegoś dowiedzieć, zależnie od tonu samych opowieści.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Ines
    Ruszyła pośpiesznie za nią. Słysząc pytanie, zamyśliła się głęboko.
    - Różne rzeczy – odparła lakonicznie. – Niektórzy żołnierze tak przeżywali stratę swoich kumpli z oddziału i ból mieszał im tak w głowach, że niekiedy widzieli swoich martwych towarzyszy w żywych żołnierzach, którzy nie mieli z nimi nic wspólnego. To już pewne preludium do zespołu szoku pourazowego, z czasem będzie u takich coraz gorzej. Powinni jak najszybciej zwinąć się z frontu. Inni popadali w otępienie, które sprawiało, że snuli sobie w głowach wydarzenia, które nie miały miejsca. Niektórzy jeszcze słyszą bardzo ciche, prawie niedosłyszalne szepty i widzą sylwetki jakichś postaci kątem oka. Twierdzą, że to duchy z frontu. Ale ja uważam, że to nic paranormalnego, tylko mary wywołane pół-świadomym stanem umysłu, słabym snem i stresem. Duchy mają raczej ważniejsze zajęcia od dręczenia ledwo zipiących weteranów – skończyła pokrótce.

    Poszukiwania rannego okazały się dość trudne. Teren nie był już tak prosty w obserwacji z ziemi, co dopiero w poszukiwaniach kogoś, kto nagle przepadł jak kamień w wodę. Wszelkie krzaki i wysokie trawy tworzyły zawiły, zwodniczy system, w którym łatwo było się zgubić. Podobnie wyglądające rośliny oszukiwały zmieszany umysł, tworząc wrażenie, że chodzą w kółko, jak w jakimś labiryncie. Minęła już parę miejsc, które wydawały jej się z góry znajome, ale nie było tam ani żywej duszy. Dowódczyni oparła się ręką o wysoki pień dostojnego tropenu i pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
    - Jesteś pewna, że on również ci się nie przewidział? – zapytała z lekkim znużeniem w głosie.

    Ines rozejrzała się jeszcze trochę. Weszła głębiej w krzaki i odeszła trochę od kobiety. Na paru łyżkowatych liściach wysokiego krzaka o zbitych, niemal ściśle przylegających do siebie zauważyła kilka kropel krwi. Świeżej. Do nozdrzy wdarł jej się silny metaliczny zapach rozlanej juchy. Kątem oka zauważyła jeszcze więcej, tym razem na runie leśnym. Ktokolwiek tu był, bardzo mocno broczył. Czyli ranny wcale nie był żadną halucynacją.

    - Duchy mają raczej ważniejsze zajęcia od dręczenia ledwo zipiących weteranów – usłyszała nagle ostatnie zdanie dowódczyni, wyszeptane jej prosto do ucha przez jakiś dziwaczny, świszczący głos. Jakby ktoś stał obok niej.



  • Hans
    Nie spodziewał się, że dzisiaj spotka go coś gorszego niż tamta strzelanina w okopach. Jak widać, tamto poprzednie to był pikuś w porównaniu do tego. Tutaj jest jeszcze bardziej bezbronny niż wtedy, pozostaje mu tylko ciągłe parcie naprzód.
    Co w sumie okazało się dobrym wyborem, pomyślał po tym jak usłyszał z tyłu wybuch artylerii. Co prawda parcie naprzód też nie daje mu gwarancji na przeżycie jak się przekonał po widoku rannego, chyba nawet umierającego żołnierza.
    No ale ostatecznie dotarł szczęśliwie do celu swej podróży, co prawda pewnie zyska gdzieś po drodze traumę, ale pole bitwy to nie czas by się takimi bzdetami przejmować. Żałował tylko że zużył już swój granat i go nie uzupełnił, bo pewnie teraz by go użył. No nic, pozostało mu tylko spiąć się w sobie i przeczekać chwilę na odpowiedni moment do szarży. Oglądnął się za siebie, by sprawdzić jak radzą sobie sojusznicy i ruszył przed siebie. Przykleił się do ziemi i powoli, w skupieniu pełzł do Blechera, korzystając z zasłony dymnej.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Głupia! Czemu w ogóle pomyślałaś, że to im umili podróż?! Słuchała dokładnie, skupiona. Dobra, to jest straszne, ale przynajmniej przyda jej się na potem. Na pewno lepiej będzie, jak nie nawiąże tu z nikim jakichś bliższych relacji; w ten sposób wykluczy ten pierwszy przypadek… ale jak następne? To widzenie postaci, chociażby? Nie zwracać na nie uwagi? Ale to mogą być prawdziwi, wrodzy żołnierze… więc niech zacznie tak postrzegać każdy cień? Ugh, spokój, bije Ci, a nawet dobrze nie powalczyłaś! Sama siebie napędzasz!
      Wtem, wyrwało ją pytanie towarzyszki. I poczucie zgubienia, które do niej dotarło. No, ale ono na potem, warto być przekonanym że się wie dokąd zmierza.
       – On na pewno był prawdziwy. Widziałam go, wyraźnie, a nie gdzieś kątem oka – zapewniła, starając się brzmieć dość pewnie.
      Po krótkiej chwili poszukiwań… poczuła to. krew! Po chwili również i ją dostrzegła. W krzakach, tak jak widziała! A więc on istnia…
      Sam nagły szept starczył, aby uaktywnić u Ines odruchy szkolone przez lata. Uderzyła kolbą za siebie, na wysokości brzucha przeciętnej osoby. Następnie odwróciła się, dobijając ciosem z dołu w szczękę, również swym dzielnym orężem. Nawet jeśli uderzała dowódczynię, nie żałowała; sama się o to prosiła.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Hans
    Nieustannie dzwoniło mu w uszach. Jeszcze przed tą akcją Hans nawet nie śmiałby pomyśleć, że szlachetna, doborowa armia Anschreitu zostanie zmuszona do pełzania w klejącej, błotnistej breji jak oślizgłe robak i to jeszcze przez jakieś bydlaki z Imperium. Przeżycie, niezależnie jak nieszlachetne, wydaje się jednak lepszą opcją niż bezsensowna śmierć wyprostowanym i z uniesioną do góry piersią. Niezłomnie parł dalej. Gdy dotarł w końcu do Blechera, było przy nim jeszcze czterech żołnierzy. Nie było wśród nich jego dwóch towarzyszy, musieli wciąż się czołgać.

    - Nie pisałem się na to – wyjęczał półprzytomnie mężczyzna po prawej. Jego dłonie męczyły spazmy, a on sam trząsł się jak osika.
    - Zawrzyj pysk i trzymaj karabin mocniej, bo w przeciwnym wypadku ci się wyślizgnie – skarcił go dowódca, który przetarł przepoconą twarz czystym rękawem bluzy mundurowej. Nie wyglądał na tak spokojnego, jakiego próbował zgrywać.
    - Co mamy zrobić? – odezwał się inny.
    - Nie umrzeć – odrzekł lakonicznie. – Trzeba zlikwidować ten kaem. Jest chyba jakiś kawałek drogi przed nami. Wasza trójka – wskazał również na Hansa. – Bierzecie prawą stronę i idziecie pierwsi. Znajdzie sobie jakieś dobre gniazdo wśród tych chaszczy i będziecie nas osłaniać ogniem. My pójdziemy lewą i zajmiemy się zneutralizowaniem tej spluwaczki. Granaty w łapy!

    Żołnierze posłusznie je wyciągnęli. Dowódca zagwizdał i cztery podłużne ładunki wybuchowe znalazły się w powietrzu. Rozległa się seria głośnych eksplozji, które chwilowo przygłuszyły tylną kanonadę.
    - Jazda! Jazda! Jazda! – wykrzyczał Blecher.
    Dwóch żołdaków pośpiesznie zerwało się na równe nogi , wykręciło ostro w prawo i zaczęło biec w stronę krzaków.

    Ines
    Gdy uderzyła kolbą za siebie, nie napotkała żadnego oporu ciała. Spudłowała? Zachwiała się lekko i gwałtownie odwróciła, by skorygować serię ciosów w napastnika. Uniosła kolbę do ataku. Tyle, że… nikogo za nią nie było. Poczuła się zbita z tropu. W końcu niemożliwe, że jej się to przesłyszało!

    Z krzaków wyszła i dowódczyni i podeszła do niej jakby nigdy nic. Dostrzegła jej znalezisko i pokręciła głową z widocznym strapieniem. Na jej twarzy widniał grymas.
    - Coraz mniej mi się to podoba. Szkarłatu tyle, jakby lało się z tętnicy, nieopatrzonej. I idzie dalej? Pewnie znajdziemy tylko jego stygnącego trupa na trawie, ale chodźmy dalej. Oczy dookoła głowy. Coś jest nie tak – odparła niepewnie.
    Kobieta sięgnęła dłonią do skórzanej kabury przy pasie i wyciągnęła z niej smukły pistolet o krótkiej nagiej lufie i charakterystycznym kolankowo-dźwigniowym systemem ryglowym, po którym rozpoznała, że jest to wz.1908 od Lambdy. Podoficer ruszyła przodem.
    - Nie oddalaj się. Gdy coś zauważysz – daj mi znać.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Jak to"nic za nią nie było"?! Musiało coś być! Musiało! To niemożliwe, że zaczynają ją łapać te halucynacje; nic jeszcze nie przeżyła!
      Wycelowała broń w krzaki, kiedy coś się tam ruszyło… ale równie szybko ją opuściła. To tylko ona. Do tego najwyraźniej zna się na rzeczy,… Albo nie, skoro chce to ciągnąć dalej. Naprawdę warto jest się tak pakować w paszczę lwa…? Westchnęła. To twoja dowódczyni, do tego bardziej doświadczona, pewnie wie co robi.
      Chwyciła mocniej broń, zrobiła jeden krok przed siebie i spojrzała się przez ramię na przywódczynię. Patrzyła się na nią krótko, jakby nie będąc pewną. W końcu jednak ruszyła w dalszą drogę.
      Szła ostrożnie za śladami krwi, lustrując powoli otoczenie spojrzeniem, przyglądając się każdemu szczegółowi, zwłaszcza przed nią lub nieco z boku. Czasami zerkała za siebie, aby się upewnić, że się nie zgubiły. Wtedy też znacząco zwalniała dla lepszej kontroli nad trasą. Ostatnie czego chciała, to totalnego zabłądzenia w obcej dżungli…



  • Hans

    Przynajmniej Anschreit nie zmuszał swoich przeciwników do upokarzającego tarzania się w błocie. Jeszcze pokażą tym paskudnym imperialistom, ha tfu, że Anschreit sprosta każdemu upokorzeniu i z dumą będzie stał ponad pokonanym przeciwnikiem.
    Na początku niezbyt spodobało mu się zadanie, które otrzymał. Otuchy nieco dodał fakt, że nie będzie wtedy sam. A to co przywódca wyznaczył sobie i innej osobie już w ogóle utwierdziło go w tym, że strzelanie z chaszczy nie wydaje się takim głupim pomysłem. Żałował tylko, że miał jeden granat, którego zapasu nawet nie uzupełnił przed tą akcją. Przynajmniej wie co zrobić, jeśli uda mu się przeżyć. Ścisnął mocniej swoją broń i ruszył biegiem za swoimi towarzyszami.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Ines
    Z każdym następnym krokiem krwi jakby przybywało. Zaczęło się od małych strużek, przeszło do doskonale widocznych smug, by stać się wręcz zalewami schnącej juchy. Ten ktoś powinien już dawno się wykrwawić. Ile litrów już stracił? Do tego ta niepokojąca cisza… Niedawno zaczęły się operacje bojowe, które słychać było przez niemalże cały czas. Niezupełnie głośno, ale dało się zarejestrować drygliwe dudnienie eksplozji, które szarpały za kraniec słuchu, nie dając o sobie zapomnieć. Nagle to wszystko ucichło, a jedynym słyszalnym odgłosem był drażniący szelest krzewów i skrzypienie miażdżonej butami trawy. Jakby znikąd znaleźli się w dziwacznej bańce, która izolowała ich od świata zewnętrznego. Cały las zdawał się mieć złowrogą aurę, która wypływała niczym żywica z pobliskich górujących drzew o rozłożystych, prawie nieprzepuszczających światła koronach jak parasole. Coś w podświadomości Ines wręcz krzyczało, że to bardzo złe miejsce. I nigdy nie powinna się tutaj znaleźć.

    Żołnierce wydało się, że metaliczny zapach juchy zwiększył swą moc.

    Wtem dowódczyni stanęła jak wryta.
    - To niemożliwe – wydukała z niedowierzaniem. – Niemo…
    Przypływ torsji przerwał jej w pół słowa. Zgięła się w pół, jakby uderzona pięścią w brzuch i zwymiotowała. Gdy podoficer się skuliła, Ines zobaczyła, co było przyczyną tak gwałtownej reakcji organizmu.

    Szkarłat.

    Ogrom szkarłatu.

    Trawa okalająca dróżkę przed nimi wydawała się być wręcz pomalowana na czerwono. Zielony nie ostał się niemal żaden listek najbliższych krzaków. We wielu miejscach krew nawet nie zaczęła schnąć. Tworzyła małe potoki, które zdawały się spadać wprost płytkie zagłębienia w gruncie, jak długie rzeki wpadające do morza. Na byłej zieleni leżały jeszcze jakieś postacie. Poszarpanych i przemoczonych sokiem życia mundurów nie dało się już rozpoznać. Dopiero po rzuconych na ziemię karabinach i hełmach poznała, że to trupy Anschreitów. Wszyscy mieli na skórze doskonale widoczne ślady ugryzień. Po zębach, które wydawały się przerażająco ludzkie. Ich twarze jakby się stopiły – po skórze na wargach i ponad połowie policzków nie było widać żadnego śladu. Zwłoki nie straciły jeszcze koloru. Musieli umrzeć niedawno. Co mogło zrobić coś takiego?

    Kobiecie zakręciło się w głowie.
    - Wracamy – wysapała dowódczyni w przerwie między wymiotami. – Wracamy, jak najszybciej.

    Hans
    Młodzieniec podążył za kolegami z nowej drużyny. Szybko zniknęli w nieprzezroczystej pelerynie malachitowego listowia. Nieprzyjacielski kaem wciąż pluł pestkami, ale zdawał się skupiać uwagę na wyrosłych jak grzyby po deszczu chmurach osłony dymnych, bo trójka nie spotkała się z jego śmiercionośną śliną. Było to całkiem pocieszające.

    Hans także zatopił się w nieruchliwym, zielonym jak perydot oceanie. Przez chwilę nie widział zupełnie nic. Liście blokowały mu wizję. Muskały irytująco twarz i szyję gdy się przez nie przedzierał. Gdy z nich wyszedł, prawie potknął się i wpadł do podłużnego zagłębienia, przypominającego nieco rów, ale po brzegi porośnięty hordą niskiej roślinności. Powinno to dać odpowiednio dużo osłony, by się w nim schronić.

    Nie dostrzegł jednak swoich towarzyszy. Zamiast nich kątem oka, po lewej, śmigła mu kucająca mglista sylwetka, która klęczała nad rowem i celowała swym karabinem w swoje przedpole. Imperialista.



  • Hans

    Im dalej Hans się zapuszczał, tym więcej zmysłów mu ubywało. Najpierw słuch od tych ciągłych wybuchów i terkotów karabinu, a teraz jeszcze wzrok. Jak te liście go irytowały, żałował że nie miał ich czym ścinać. Co prawda może byłby to zły pomysł, ale nieco by sobie ulżył ucinając tak te listki. Oczywiście jeszcze nie jest z nim tak źle, by wyobrażać sobie że to głowy imperialistów, po prostu chodzi o pozbywanie się źródła irytacji.
    Nie mniej po opuszczeniu, można to chyba tak określić, pułapki, prawie wpadł do rowu. Świetnie. Rozejrzał się za towarzyszami, po których ślad zaginął. Jeszcze lepiej. Nie wiedział też jak mógłby zinterpretować napotkanego imperialistę, który całą swą uwagę skupiał na swoim sprzęcie. W sumie, problem z określeniem czy spotkanie go jest szczęśliwym trafem, czy jeszcze większym pechem nie jest aż tak ważne, jak zadecydowanie co mógłby z nim zrobić. Odstrzelić jak najszybciej licząc, że nikt go tu nie znajdzie, czy może ukrycie się w rowie, odstrzelenie operatora i potem wytłuczenie jest wsparcia?Postanowi zaryzykować życiem towarzyszy i ruszył do rowu. Położył się w nim, licząc że gęste listowie zapewni mu dostateczną kryjówkę i nie utrudni celowania. Wyciągnął broń i zaczął celować. Miał nadzieję, że uda mu się trafić z tego dystansu. Kiedy tylko imperialista znalazł się na celowniku, oddał strzał, a może i nawet kilka.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Wychodziło na to, że ten jeden żołnierz nie był jedynym. Co prawda widziała innych, ale pozostali mogli nadchodzić z różnych stron i o dziwo zbiec w to samo miejsce. Obecnie nie brała pod uwagę pojedynczego rannego - niemożliwa była taka utrata krwi w drodze i dalsze życie w pojedunkę.
      Zarejestrowała tę nagłą i dziwną ciszę, ściskając mocniej karabin. Działo się tu coś niedobrego, dziwnego. Wpierw ten jeden człowiek, teraz ta szkarłatna dróżka i niepokojące uciszenie wszelkich dźwięków. Nawet przyroda oniemiała. Dziw, że słyszała tę trawę i krzewy.
      Pociągnęła raz nosem. Zapach zaczął się nasil… zatrzymała się, omal nie wpadając na dowódczynię. Spojrzała zaraz za nią. I od razu tego pożałowała.
      Nikt jej nie mówił, co dokładnie złego może spotkać na wojnie. Uogólniali to do “złych rzeczy”, nie podając ani jednego przykładu. Zamiast tego szli w drugą stronę - akty bohaterstwa, heroiczny bieg do wrogich okopów, kładzenie wroga setkami, medale, respekt, osiągnięcia, sława, honor to były rzeczy jakimi ją karmili i jakie chętnie przyjmowała. Ale to? O tym nikt nie wspomniał! Sama odsunęła się gwałtownie. Oddech przyspieszył, serce zaczęło bić mocniej. Ręce drżały, karabin trzymała ostatkami sił. Ochłapy siły woli trzymały cały organizm na uprzęży. Nie uciekaj, nie panikuj, nie daj się. Odwróciła wzrok, starając się o tym nie myśleć. Próbowała przywołać te wszystkie opowieści o poświęceniu, heroizmie żołnierzy i dzielnej walce. Wszystko na nic. Przed sobą widziała jedynie konających w męczarniach ludzi. Tysiąc sposobów na brutalne zabicie tej grupy. Żaden jednak nie kończył się tak wielką masakrą. Nie była w stanie sobie tego wyobrazić. Nie chciała tu dłużej być. Nie chciała tak skończyć, nie chciała tego widzieć, nie chciała umierać.
       – Tak tak, wracamy, wracamy – powiedziała niemrawo, chwytając kobietę za rękę. Ścisk był mocny - nie chciała jej zgubić.
      Zaczęła ciągnąć ją za sobą, może nawet siłą, jeśli było trzeba. Jeżeli się oddaliły, obróciła się plecami do resztek i zaczęła biec, cały czas trzymając dowódczynię. Proszę, ie bądź w tyle, nie chcę zostać sama.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Hans
    Imperialny strzelec westchnął głęboko, odryglowując karabin. Mruknął coś pod nosem, gdy sięgał prawą ręką do ładownicy. I właśnie wtedy ich spojrzenia się ze sobą starły.

    Widok wrogiego żołnierza w rowie tuż pod nim wprawił go w dobrze widoczne osłupienie. Choć Hans nie widział dobrze jego twarzy, zasłanianej przez wysokie wcięcie w celowniku, mignęło mu, jak jego brwi teatralnie się podniosły. Bojec gwałtownie zerwał się na równe nogi. W tym samym momencie, w którym Anschreit wystrzelił.

    Rozległ się głośny huk. Imperialista szarpnął się i zatoczył nieco do tyłu, jakby w stanie nietrzeźwości umysłu. Zwalił się na plecy niczym kostka domina. Wydał z siebie ostatnie tchnienie, a potem zastygł w bezruchu. Nie żył.

    Ines
    Obie biegły na złamanie karku. Byle jak najdalej od tego straszliwego widoku, tego poronionego miejsca. Serce waliło jej jak oszalałe. Wydawało jej się nawet, że jego siła zaraz połamie żebra i z zawrotną prędkością wyrwie się na zewnątrz, jak agresywny pies spuszczony z łańcucha. Dowódczyni była tuż za nią, nie puszczała się jej. Chociaż tyle, że są razem. Używały tych samych śladów krwi jako drogowskazu. W końcu to ich tropem podążyły do tej paskudnej szczeliny, którą piekło wdarło się do świata widzialnego.

    Zerwał się lekki wiatr, który szumiał złowrogo wśród liści i potężnych gałęzi drzewnych tytanów. Wydawało jej się, że szumi wedle ustalonego, uporządkowanego rytmu. Chciał im coś przekazać. A może to tylko irracjonalne myśli i zaburzone postrzeganie świata wywołane tym, czego uświadczyły jej oczy? Ucierpiał nie tylko zmysł wzroku. To było coś znacznie ostrzejszego, co przebiło się przez gałki oczne ze skutecznością szpikulca do lodu i dotarło do najodleglejszych zakamarków jej umysłu. Wrzeszczał on całym sobą tylko jedno – „Wynoś się stąd”.

    Krwawy asfalt stawał się coraz rzadszy, aż w końcu znikł. Udało im się. Są już niedaleko swojej pozycji. Chciała odetchnąć z niewyobrażalną ulgą, ale poczuje się bezpiecznie dopiero wtedy, gdy będzie wręcz w intymnej bliskości z resztą oddziału ciągniętej za nią kobiety. Obie były zdyszane. Jak głęboko weszły w ten przeklęty labirynt flory?

    Poszły dalej, już wolniejszym krokiem. Żołnierze operujący karabinem maszynowym nadal tam byli. Odetchnęła z nieukrywaną ulgą. Strzelec zauważył ich przyjście i do nich podszedł. W ręku trzymał krótkofalówkę.
    - Czy coś się stało, pani Ullrich? – zapytał, a na jego twarzy malowało się zmartwienie.
    Czerwona na twarzy podoficer tylko chrząknęła.
    - Imperialiści?
    - Nie. Żadnych w pobliżu.
    Kiwnął posłusznie głową, nie chcąc się zagłębiać. Wyprostował się.
    - Odzywali się?
    - Właśnie z tej przyczyny podszedłem. Zgrupowanie „Behr” właśnie kieruje się na naszą pozycję. To tylko kwestia czasu, aż tu przyjdą.
    - Doskonale. Mam serdecznie dość tutejszej części lasu.



  • Hans

    Młodzian planował poleżeć jeszcze chwilę w swojej kryjówce, przygotowując broń do kolejnego wystrzału. Może huk strzału zwabi jego koleżków, których również będzie mógł ustrzelić? Pozbycie się tego strzelca prawdopodobnie ułatwi kompanom Hansa dotarcie na miejsce i zajęcie się resztą imperialnego ścierwa. Jedyną rzeczą jaką zrobił, była próba staranniejszego ukrycia się. Może uda mu się coś zdziałać do czasu zjawienia się kogokolwiek?


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      A więc się nie zgubiły. Las nie postanowił spłatać im kolejnego figla. Jak dobrze… Nie przejmowała się obecnie niczym innym, poza ucieczką z tego miejsca znaną sobie drogą. Nie reagowała nawet na ten szum, nie widziała go jako coś gorszego - sądziła że te ciała to najgorsza rzecz jakiej doświadczy. Myliła się. Wzdrygnęła się odczuwalnie, słysząc ten głos. Nie przeraził jej wrzask, co jakikolwiek głos w jej głowie, mimo braku innych osób w pobliżu. Na osłodę - przynajmniej jej tam nie chciał.
      Kiedy wybiegły, poczuła się prze szczęśliwa. Zagrożenie zażegnane, można o tym zapomnieć… przynajmniej na chwilę. Rzucenie się w wir nowych obowiązków, jak i martwienia się obecną sytuacją frontową, skutecznie zagłuszą te niemiłe wspomnienia.
       – Jakie rozkazy? – spytała się, nieco zdyszana. Oboje pewnie czują i myślą to samo; spodziewa się więc natychmiastowej odpowiedzi.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Hans
    W tym całym chaosie, który pojawił się zupełnie niespodziewanie, jak pukanie do drzwi w środku nocy, wszyscy żołnierze, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w środku epicentrum tego żywiołu, z ledwością słyszeli własne myśli. Podłużne serie z kaemów i potężne, jeszcze długo obijające się szumiącym echem w korytarzach uszu eksplozje granatów artyleryjskich, skutecznie je zagłuszały. Całe otoczenie, jak wzrokiem objąć, zostało pochłonięte przez nienasyconą paszczę wrzaskliwej destrukcji. Czym w tym wszystkim jest więc jeden strzał więcej, który w ułamku sekundy zleje się z resztą dźwięków w jedną bezkształtną masę, która deformuje słyszenie przestrzenne? Nikt nie zainteresował się hukiem, poza oczywiście samym Hansem i żołnierzem, którego zabił.

    Tylko trup zdawał się odstawać od szaleństwa, które ma tu miejsce. Nie ruszał się, nie krzyczał, nie strzelał. Nie miał już żadnego udziału tragikomedii, która się tu rozgrywa. Ale jeszcze chwilę temu brał w niej aktywny udział. Chwilę tę przerwał kawałek metalu, który z rozpędem wbił się w jego ciało i poczynił śmiertelnie spustoszenie. Z odległej, położonej poza frontem perspektywy wydawało się to przerażające. Ale z oczu człowieka, który właśnie walczy, nie ma to zupełnie żadnego znaczenia.

    Hans przeryglował karabin. Bezużyteczna łuska, która wykonała już swoje zadanie, ustąpiła swoje zaszczytne miejsce nabojowi, który ma jeszcze okazję odebrać następne życie. Tutaj jedna kula równa się jednemu martwemu wrogowi. Ale kilkaset kilometrów dalej od tego miejsca, może nieco mniej lub więcej, oznacza kolejną roztrzaskaną rodzinę, kolejne wylane wiadra łez i ambicje, które są już tak samo martwe jak ich właściciel, które będą leżeć głęboko w ziemi i gnić tak samo jak on. Tak przynajmniej to funkcjonuje w normalnym świecie, który pod wpływem wojny stał się całkowicie iluzoryczny, jakby nie był niczym innym niż naiwną bajeczką, pozbawioną jakiegokolwiek odniesienia w prawdziwym świecie.

    Sam rów dawał wystarczająco dużą możliwość ukrycia się – jego wnętrze nie było gołe. Ziemistoszary mundur powinien całkiem sprawnie go zamaskować. Nie było to oczywiście maskowanie idealne, ale dawało mu odrobinę frontowej waluty – sekund, które mógł wykorzystać na swoją korzyść. Do tego krzewy rosnące po bokach – gęsta i gruba zasłona zieleni, jak ściana. Powinna skutecznie ukryć jego sylwetkę nawet w pozycji wyprostowanej. Świat ma jednak wartości kapitalistyczne, a kapitalizm ma swoją cenę – chaszcze skutecznie go ukrywały, ale i on sam niewiele przez nie widział. Pocieszające było również to, że na razie nikt do niego nie strzelał. Ale do jego towarzyszy z przedpola już tak.

    Położenie kaemu wroga było wciąż niejasne, tak samo jak jego dwóch niedoszłych towarzyszy z oddziału. Być może są nieco dalej na przedzie. Mogli w końcu całkowicie zignorować Imperialistę nad rowem i przejść dalej, w poszukiwaniu odpowiednio ukształtowanego stanowiska strzeleckiego. Wiele na tej pozycji już nie zdziała.

    Ines
    Oficer zdjęła szary hełm z głowy i zwyczajnie usiadła na trawie.
    - Rozkazy są takie, że na razie czekamy – westchnęła i przeczesała dłonią gęste włosy. – Dobrze wykorzystajmy te ostatnie minuty względnego spokoju, nim znowu będziemy ryzykować życiem.

    Ines z pewnością będzie chciała je odpowiednio zagospodarować. To minimalne zadośćuczynienie za to, czego przed chwilą uświadczyła. Ten paskudny widok prędko jej nie opuści. Los jednak bywa złośliwy – wyciąga rękę, jakby chciał ci coś dać, ale gdy tylko próbujesz po to sięgnąć, od razu ją chowa i śmieje się prosto w twarz, zwiastując tylko kolejne problemy.

    Efemeryczna chwila błogiego spokoju została zamordowana przez ciężką serię z karabinu maszynowego. Tuż za ich plecami. Już na sam dźwięk się skulili i chwycili za broń, którą jeszcze chwilę temu odłożyli. Strzały ucichły tak szybko jak tylko się pojawiły, ale cisza polazła w las już tak daleko, że nie zamierzała wracać. Drzewa pogrążyły się w bardzo głośnym, żeńskim wrzasku bólu, brzmiącym co najmniej tak, jakby kogoś właśnie obdzierano ze skóry.

    Ines obejrzała się wokół, ale nikt z jej grupy nie oberwał.
    - Kurwa mać – syknął mężczyzna. – Co się tu dzieje, do ciężkiej cholery?
    - Imperialiści! – wykrzyknęła jedna z operatorek kaemu, a po chwili strzały rozległy się ponownie.
    - Na glebę i na boki karabinu maszynowego, już! – rozkazała oficer.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Czekają? Jak to dobrze… Również usiadła. Chciała teraz nic nie robić, o niczym nie myśleć, zwyczajnie po rozkoszować się tym spokojem. Ta krwawa rzeź była obecnie na peryferiach jej myśli. Bardziej interesowało ją rodzeństwo. Jak im idzie? Czy też mają takie perypetie? A może już się jakoś oznaczyli? Znaleźli jakichś kolegów?
      Długo jednak nie mogła o tym myśleć, bo znowu się zaczęło. Chwyciła karabin i uchyliła się. No to po spokoju. Nic by nie miała do tego zrywu, gdyby nie ten wrzask. Co jest?! Znowu jakaś zjawa ich nawiedzi?!
      Ale nikt się tym nie przejął. Poleciały nawet rozkazy. Czas zająć myśli! Rzuciła się posłusznie na ziemię i zaczęła się czołgać na najbliższy bok maszyny. Nawet jakaś strzelanina ją odciągnie - byleby zająć myśli.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Ines
    Przeciągły wrzask nie ustawał. Wyszedł na powierzchnię oceanu strzelaniny i zdawał się ja zagłuszać. Wtem stracił na swym początkowym brzmieniu, jak katastrofalna w skutkach ofensywa tracąca impet i ponownie zanurzył się w jej głębiny, stając się jej integralną częścią, mieszającą się z resztą innych w zniekształconym amalgamacie zgiełku. Czysta esencja słyszalnego chaosu.

    Dopiero wtedy Ines zrozumiała, że krzyk bólu nie należał do jej wyobraźni, a został wytworzony przez gardło prawdziwej osoby.

    Kobieta sunęła przed siebie. W uszach dzwoniło jej od ciągłych świstu kul tnących powietrze niczym noże, tuż nad jej głową. Była już koło kaemu, który nieustannie terkotał. Podciągnęła się jeszcze trochę dalej na lewo, by lepiej pokryć flankę, gdy seria z karabinu została gwałtownie ucięta. Coś z głuchym łoskotem upadło na glebę po prawej.

    Operatorka karabinu maszynowego leżała plecami na trawie i trzymała się za szyję dłońmi czerwonymi od krwi. Z jej ust dobiegały nieartykułowane dźwięki i bulgotanie, jakby się topiła. Jej oczy były umiejscowione w jednym punkcie, którym było przykryte koronami drzew niebo. Widać było w nich żywą wolę przetrwania, pogrążoną w jeziorze beznadziejnych łez.

    Wtem dostrzegła Imperialistę, który próbował skrócić dystans między konarem a jednym z krzaków nieopodal karabinu. Dzieliło ich może dwanaście kroków.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Jak miło było poznać prawdziwego i istniejącego właściciela wrzasku, zwłaszcza po tym co przeżyła niedawno. Szkoda tylko, że go nie widziała, ale przynajmniej była w stanie jakoś to nakiero…
      Czemu karabin ucichł? Spojrzała w bok. Oh, to dlatego… Cholera. Mają rannego! Od razu do niej dopadła i wyrwała jakiś kawałek szmaty, uciskając przy szyi.
       – Medyk! Ciężko ranna osoba! – krzyknęła w eter, licząc że jakiś tu jest. – A ty łap się za karabin! – krzyknęła do pomocnika.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    This post is deleted!

  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Ines
    Odpięła dolną część bluzy mundurowej rannej i próbowała wyrwać z niej skrawek, by przyłożyć go do rany. Materiał na mundury jest wysokiej jakości i próba oderwania go siłą, zamiast nożem czy bagnetem, którego i tak nie miała przy sobie, była jak grochem o ścianę. A juchy na trawie było coraz więcej i więcej…

    Sanitariusza nie było w pobliżu. Wszyscy byli zajęci ostrzeliwaniem się z wrogiem. Wyglądało na to, że jej los jest już z góry przesądzony. Kobieta charczała głośno. Walczyła o kolejny oddech. Każdy następny przychodził jej z coraz większym trudem. Mocny krwotok wciąż nie ustępował.

    Przynajmniej taśmowa posłuchała polecenia. Od razu chwyciła za karabin maszynowy i kontynuowała przyciskanie wroga ogniem. Imperialista, który przebiegał zniknął jej z oczu. To, czy oberwał ulegało wątpliwości. Ciekawe ilu z nich zmieniło swoje miejsce po uciszeniu kaemu…

    Cholera, czy naprawdę nikt poza tą taśmową jej nie usłyszał? Wszyscy ogłuchli? Zraniona żołnierka wciąż jakimś cudem się trzymała. Jej życie wylewało się w coraz większą kałużę pod jej głową. Musi coś prędko wykombinować.


  • Miasto Nieszczęść Wiek Pary

      Nie nie nie! Nie odchodź! Myśl Ines, myśl! Jeszcze masz czas, los jeszcze może ci wybaczyć tę pochopność, tylko coś wymy… Bandaże! Tak! Miała jdwa opakowania!
      Szybko zaczęła ich szukać po kieszeniach munduru. Nie czekała już na nikogo - wszyscy albo byli zajęci, albo mieli ją w dupie. To ona będzie mieć ich, dopóki jej nie uratuje. Jeśli znalazła bandaże, szybko wzięła rolkę i zaczęła ją ciasno owijać wokół szyi poszkodowanej. Zrobiła tak parę razy, starając się zrównoważyć ucisk, aby się nie podusiła. Sam koniec wsadziła pomiędzy jakieś warstwy, aby się trzymał. Nie robiła nic innego, tylko przyglądała się, czy przynajmniej żyje. Po jej ocenie zrobi coś więcej.


  • Zapomniany Front Mistrz Gry

    Ines
    Biały materiał w mgnieniu oka przesiąkł krwią. Ale choć trochę zatrzymał jej upływ. Zbielała, poplamioną własnym szkarłatem dłoń rannej przyciskała go do miejsca trafienia. Żyła. I widocznie nie chciała odpuścić.

    Zbłąkana kula śmignęła jej tuż nad uchem. Coś wybuchło niedaleko, wyrzucając parę krzaków w powietrze. Cekaem przestał szczekać. I wszystko momentalnie ucichło, jak ucięte nożem.


Log in to reply