Bar "Stłuczony Kufel"


  • Mistrz Gry

    avatar Kuba1001 Kuba1001

    • Kilka lat do tyłu, jak jeszcze robiłem pompki w deszczu i błocie z drącym mordę nad moją głową sierżantem, rozpoczynając trening w armii, jeden z instruktorów powiedział mi, żebym zawsze zakładał najgorsze. Wtedy, jeśli rzeczywiście spełni się ten najczarniejszy scenariusz, to będzie się na to jakoś gotowym, a jeśli nie, to można to uznać za pozytywną niespodziankę. Do dziś używam tej metody i jeszcze ani razu mnie nie zawiodła. A jeśli chodzi o tamtych frajerów to możesz być pewien, że ich dorwiemy, ale nie teraz. Jak zrobi się gorąco, to trzeba trzymać się razem, albo odłowią nas jednego po drugim.

  • Mistrz Gry

    avatar Baturaj Baturaj

    Jeszcze parę nic nieznaczących uwag i mężczyźni rozeszli się, zajmując typowymi dla siebie sprawami o tej porze.

    Przez następny dzień nie działo się nic niezwykłego. Alex miał okazję wręcz zapomnieć o umowie z Pingusiem, ale oczywiście nie zrobiłby tego, nawet gdyby nie miał na głowie dwóch facetów w garniturach siedzących mu bez przerwy albo w rogu głównej sali, albo gdzieś na zapleczu.

    Kolejny dzień zaczął się zwyczajnie. Pieniądze cały czas przychodziły z wszelkich interesów Alexa i już niemal zwróciły jedną dziesiątą wydatku na broń u Pingwina. Chłopaki byli dosyć zadowoleni. Chyba czuli się nieco bezpieczniej po informacji o umowie szefa z dosyć neutralnym gangsterem, jakim jest Pingwin.
    Sielanka trwała jednak do czasu.
    Kiedy o godzinie ósmej wieczorem słońce niemal całkowicie zaszło za odległe góry i było już prawie ciemno, kiedy atmosfera była bardzo rozluźniona, bo wszyscy czekali na zamknięcie zbliżające się wielkimi krokami i dające możliwość popicia w gronie samych braci z gangu… coś się wydarzyło.
    Zaczęło się od Joe’ego, który zbiegł ze schodów, po czym zwolnił przed wejściem do sali i szybkim krokiem podszedł do Alexa. W barze było jedynie czworo klientów. Jakiś facet przy barze, dwóch innych przy stoliku, na piwie, oraz jedna kobieta, przeglądająca coś w telefonie w rogu, również przy stoliku. Joe nachylił się do Alexa, który właśnie siedział przy stoliku bliżej wyjścia na zaplecze.

    • Szefie, coś się dzieje - powiedział. - Czterech ludzi, wyglądają na czyichś karków. Zaparkowali niedaleko i chyba idą do nas, widziałem przez okno.

  • Mistrz Gry

    avatar Kuba1001 Kuba1001

    • Idź po chłopaków i wyproście klientów. Wiecie, zamykamy dziś wcześniej albo coś. - odparł szybko, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. - Potem bierzcie gnaty, ale nie róbcie nic bez mojej zgody. Ja też wezmę swoją spluwę, ale najpierw pójdę po tych w garniturach.
      Jak powiedział, tak też zrobił, idąc na zaplecze czy do stolika tamtych.
    • Chłopaki, pora dzwonić po szefa: Zleciały się jakieś draby i niedługo tu będą, wsparcie byłoby mile widziane.

  • Mistrz Gry

    Mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym niespiesznie wstali i ruszyli w stronę drzwi. Goście już zostali wyproszeni, a w sali stali sami chłopcy Alexa, każdy z pistoletem w ręce. Czekali.


  • Elarid

    Polecił im zająć miejsca w barze i w miarę możliwości schować spluwy, sam zrobił podobnie, używając w tym celu fartucha, gdy stanął za barem i czekał, bo tylko tyle mógł teraz zrobić.


  • Mistrz Gry

    Rozległo się pukanie do drzwi. Ale nikt nie wchodził. Tak, jakby tamci chcieli, żeby do nich wyjść. Faceci od Pingwina dopiero teraz zgodzili się co do telefonu i jeden z nich wyjął z kieszeni komórkę. Drugi sięgnął do kieszeni i w jego dłoni pojawił się czarny glock 17. Zerknął w stronę korytarza prowadzącego na tyły.
    - Macie kogoś po tamtej stronie?


  • Elarid

    //Mamy?//


  • Mistrz Gry

    //Koleś pyta, czy ktoś pilnuje tylnych drzwi na wszelki wypadek. To ty teraz rozporządzasz ludźmi//


  • Elarid

    - Mamy. - skinął głową i tam też posłał jeszcze trzech swoich ludzi, w razie gdyby. - A teraz mamy ich aż nadto.


  • Mistrz Gry

    Koleś od Pingwina skinął głową. Drugi natomiast właśnie kończył rozmowę. Szybko schował komórkę i powiedział coś cicho do swojego towarzysza, również wyjmując identycznego glocka 17. Pierwszy zbir spojrzał na Alexa.
    - To Rosjanie - powiedział.
    Ktoś znów uderzył kilka razy w drzwi, tym razem natarczywiej. Ludzie Pingwina nieznacznie przesunęli się w stronę tylnego wyjścia, nie spuszczając wzroku z głównego wejścia, w które znowu ktoś kilka razy uderzył.
    - Rosjanie zaatakowali wszystkich - dodał nagle drugi najemnik Pingwina. Szturchnął towarzysza w ramię, po czym obaj zaczęli cofać się w kierunku tylnego wyjścia.
    - Lepiej coś kurwa zrób, bo jak na razie to nikt tu raczej nie przyjedzie! - Mężczyźni truchtem zaczęli wybiegać przez korytarz w stronę tylnych drzwi.


  • Elarid

    Spodziewał się tego, że ci dwaj go wystawią, no ale cóż, takie życie w przestępczym półświatku, więc tylko wzruszył ramionami.
    - Przewracać stoły, nie ułatwimy im tego. - polecił krótko, a sam skrył się za barem, celując ze swojej broni w drzwi.


  • Mistrz Gry

    Pierwszy solidny stół nie zdążył ustabilizować się w nowej pozycji, kiedy frontowe drzwi eksplodowały chmurą drzazg i dymu, a seria z pistoletu maszynowego - jeśli Alex się nie mylił, był to, sądząc po dźwięku, tradycyjny MP5 - trafiła drugiego najemnika Pingwina w pierś i głowę, natychmiast pozbawiając życia. Pierwszy zdążył jednak uskoczyć do korytarza.
    Do pierwszej broni, którą jej właściciel przełączył już na rozsądniejszy, trzystrzałowy tryb ognia, dołączyło kilka nowych, a do sali zaczęli wchodzić Rosjanie. Dwóch chłopaków Alexa od razu padło na podłogę, martwych bądź rannych. To był jeden wielki chaos. Butelki za głową Alexa zaczęły się tłuc, czuł że coraz bardziej traci słuch. Musiał zadecydować, czy walczyć w celu odparcia napastników, czy uciekać.


  • Elarid

    Gość od Pingwina średnio go obchodził, kolejna śmierć, na którą musiał patrzeć. Ale reszta. Te małe chujopląty mogły być wysłannikami samego Jokera, ale nie mieli prawa rozpieprzać drzwi w jego barze! Jego! Widząc śmierć lub zranienie swoich ludzi poczuł ukłucie smutku, byli dla siebie niemal jak rodzina, obiecał sobie, że pomoże im się z tego wylizać, opłaci leczenie z własnej kieszeni, a jeśli to nic nie da lub będzie na to za późno, to ich pomści. Mógłby się w sumie jeszcze wahać nad tym, co powinien teraz zrobić, ci tutaj na pewno nie brali jeńców i byli profesjonalistami w swojej brudnej robocie, ale rozbicie butelek z alkoholem?! Tego było już za wiele, dlatego Alex kucnął, i podpełzł do skraju kontuaru. Nie zamierzał wyprostować się i wtedy strzelać, tego mogli się spodziewać, zamiast tego zaczął strzelać z boku lady, celując przede wszystkim w uda, mniej więcej na tej wysokości miał broń, a tylko żołnierze, no i może jeszcze lekarze, wiedzieli, jak groźny jest postrzał w tętnicę udową, choć nie marnował też okazji na ewentualny postrzał w głowę czy coś w tym stylu.


  • Mistrz Gry

    Jego wyszkolenie może nie było tak dobre jak kilka lat wcześniej, ale nadal na wyższym poziomie niż szeregowego najemnika ze wschodniej Europy. Dwóch Rosjan od razu zaczęło wić się na podłodze, padając po strzałach Alexa. Jeden w następnej chwili znieruchomiał, trafiony pojedynczą kulą szefa lokalu prosto w głowę.
    Sytuacja była nieciekawa, ale nie beznadziejna. Z korytarza zaczęli wychylać się ludzie Alexa, których wysłał tam wcześniej do pilnowania tylnych drzwi. Na pewno chociaż jednego tam zostawili. Mimo, że nie błyszczeli inteligencją, nie byli też idiotami. Kolejny Rosjanin przewrócił się na ziemię. Jeden człowiek Alexa także. Szala zaczęła przechylać się na ich korzyść. Mężczyzna szybko skrył się z powrotem za ladę, kiedy dwóch Ruskich znowu wzięło go na cel.
    Jednak Słowian zdawało się przybywać. Jakby się nie kończyli. Alex nie wiedział, czy to prawda, że zaatakowali “wszystkich”, ani co “wszystkich” miało oznaczać, ale jeżeli wbili oni tak samo do Maroniego i do Pingwina, to by oznaczało, że Rosjanie zgromadzili siły chyba z całego wschodniego wybrzeża.
    Nagle od strony korytarza dało się słyszeć przytłumiony wybuch i huki wystrzałów. Czyżby również Rosjanie? Weszli tyłem? A może to posiłki od Pingwina?


  • Elarid

    Nad tym teraz nie będzie się zastanawiać, jeśli to kolejni wrogowie, to i tak odstrzelą mu łeb, co za różnica którzy? A jeśli to kawaleria, to wypada doczekać do ich przybycia, dlatego zaczął przesuwać się w drugi róg kontuaru, aby stamtąd prowadzić dalszy ogień, opcjonalnie wymieniając magazynek. Rzuciłby teraz jakimś konkretnym przekleństwem, ale nie miał pewności, czy tamte młoty mówią w ogóle po ludzku, więc się wstrzymał.
    Kurwaaa, królestwo za granat. Albo kompanię marines. - pomyślał, przeładowując broń.


  • Mistrz Gry

    W pewnej chwili z korytarza coś wyleciało. Instynkt żołnierski Alexa kazał mu schować się za kontuarem. Dobry ruch.
    Granat hukowy eksplodował. Kiedy Alex wyjrzał zza lady tuż po tym wydarzeniu, zobaczył, że z korytarza wychodzą ludzie. Nie, nie zwykli ludzie czy cyngle. To byli… szturmani. Szturmani? Czyżby SWAT?
    Po trzech sekundach jednak doszedł do wniosku, że to nie SWAT.
    Przybysze zaczęli zabijać Rosjan. Jednego po drugim. Z precyzją, jaką Alex widział jedynie u członków Navy Seals na wspólnych ćwiczeniach w poprzednim życiu. Tyle że nie wykrzykiwali komend, nie było rozpoznania celu, sprawdzania czy ktokolwiek się podporządkuje. Po prostu zestrzeliwali cele. To podsunęło mu bardziej pasujące słowo: “najemnicy”.
    Czyżby Pingwin wysłał swoich?
    Wątpliwości co do takiego wytłumaczenia okazały się słuszne, kiedy przybysze, których widział już pięciu, rozstawionych w taktycznym kluczu, zaczęli strzelać również ludzi Alexa. Ten miał ułamek sekundy by podjąć decyzję, czy odpowiedzieć ogniem ze swojego pistoletu, zanim zdejmą wszystkich. Jakaś uboczna część świadomości dała mu znać, że w magazynku pozostało siedem nabojów.


  • Elarid

    To o dwa za dużo, choć nie miał pewności, ilu może się jeszcze tam czaić, dlatego wychylił się i skorzystał z tego, że zapewne jest niewidoczny, aby posłać każdemu kulkę, ponownie celując w uda, gdyby tamci mieli na sobie kamizelki czy hełmy.


  • Mistrz Gry

    Dwóch od razu padło, ale dokładnie chwili, gdy Alex celował do trzeciego, poczuł mocne uderzenie w bark, które spowodowało, że stracił równowagę i upadł na podłogę za ladą. Chciał wstać, ale wtedy do jego zmysłów dotarł piekielny ból. Wiedział, że dostał kulkę. Być może nawet w bark. Ale nadal żył i mógł myśleć, a to oznaczało, że okolice serca są nietknięte.
    Trzy sekundy po tym, jak upadł stanęło nad nim dwóch wrogich komandosów, nie dając mu czasu na uniesienie ranionej ręki, w której właśnie trzymał pistolet. Wyglądali, jakby chcieli go dobić, ale wtem zza kontuaru, który zasłaniał mu widok na salę, Alex usłyszał niski głos:
    - Tego nie. To gospodarz.
    Wobec tego rozkazu jeden z żołnierzy po prostu odebrał mu broń i we dwóch unieśli Alexa najpierw do klęczek, potem na nogi. Mocno go trzymali. Zawodowcy. Ale to, co mężczyzna zobaczył w głównej sali, odwiodło jego myśli od czegokolwiek innego.
    U wejścia do korytarza prowadzącego na tyły stał olbrzymi mężczyzna. Wyglądał co najmniej jak Schwarzenegger u szczytu swojej kariery kulturystycznej, tyle że był w ogólnej mierze z półtora raza większy. Po prostu. Jakby ktoś wziął mięśniaka z siłowni i nieco zwiększył skalę. Facet ubrany był w biały podkoszulek na ramiączka i ciemnooliwkową kamizelkę taktyczną, na którą narzucił obszerną wojskową kurtkę bez żadnych naszywek czy insygniów. Twarz zakrył kominiarką bez otworu na usta. W prawym ręku trzymał drugiego najemnika Pingwina, prawie obejmując jego szyję swoim mocarnym łapskiem. Przeszedł trzy kroki w stronę środka sali, ciągnąc go za sobą po ziemi, po czym uniósł na wysokość wzroku. Jedną ręką.
    - Co ja mam z tobą zrobić, ptasi chłopaczku, co? - powiedział olbrzym. Ofiara ledwo oddychała. Oprawca parę sekund jakby się zastanawiał, po czym sięgnął lewą ręką i pewnymi dwoma ruchami skręcił mu kark. Odrzucił ciepłego trupa na resztę ciał leżących w pomieszczeniu, po czym skierował wzrok na Alexa. Jego oczy wyrażały… bezwzględność i być może lekkie znudzenie. Podszyte poczuciem wyższości. Mężczyzna podszedł do kontuaru i oparł dłonie o ladę.
    - Więc, panie szefie, przejmujemy lokal na czas nieokreślony. - Mówił powoli i spokojnie, jego pewność siebie i silna osobowość były oczywiste, namacalne. Za jego plecami jego ludzie już zaczęli porządkować salę, przenosić ciała, domykać wyrwane z zamka drzwi baru.


  • Elarid

    - Szkocką mam pod ladą. - mruknął, bo choć nie miał zamiaru płaszczyć się i błagać o litość, to chciał jednak jeszcze pożyć, najlepiej na tyle długo, żeby zemścić się na Rosjaninie i tym tutaj, bo wykluczył, że była to jedna i ta sama osoba. Chociaż…? Nie zdziwiłby się, gdyby szef nowej rosyjskiej mafii poświęcił swoich ludzi bez wahania, choć nie mógł jeszcze zrozumieć dlaczego, po co ta szopka, jeśli to rzeczywiście był Rosjanin, dlatego na razie odrzucił tę możliwość. - Rozgośćcie się, panowie.


  • Mistrz Gry

    Olbrzym zaśmiał się cicho, po czym skinął na jednego ze swoich najemników. Ten sprawnie podszedł do baru i wyjął dwie butelki. Dwaj trzymający Alexa mężczyźni szarpnęli go i zaprowadzili za jeden ze stołów, sadzając na kanapie pod ścianą. Jeden z nich natychmiast wycelował w niego pistolet 9mm, trzymając go luźno, ale wprawnie.
    Olbrzym tym czasem wziął łyka z butelki i odstawił ją na inny stolik. Rozejrzał się po lokalu.
    – Szacunek, panie… Traviss, tak? – Alex zorientował się, że facet mówi z południowym akcentem. Na początku pomylił go z rosyjskim, ale nie… To był bardziej meksykański. Koleś, nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Zajebisty lokal. Naprawdę. Aż szkoda, że musieliśmy tak go zeszmacić. – Przeciągnął się, a jego plecy zatrzeszczały głośno. Oparł się tyłkiem o ladę i był teraz naprzeciwko Alexa. – Jak trzeba, to trzeba. Wyczułem okazję to ją wykorzystałem. Dokładnie jak ty ostatnio. No, nie powiesz nic? To mogą być ostatnie twoje chwile. Wszyscy zwykle się rozgadują.


  • Elarid

    – Moje życie nie było zbyt długie, ale raczej udane. Żałuję tylko, że nigdy się nie ożeniłem i że nie mam dzieci, zawsze chciałem pograć z synem w kosza. Ech… - odparł i rozsiadł się nieco wygodniej. - Opowiedz mi o sobie. O tym wszystkim. Umieram z ciekawości, a jeśli chcesz mnie zabić, to i tak nikomu się nie wygadam. Wiem, że wplątałem się w jakieś gówno, chciałbym wiedzieć tylko w jak wielkie. A co do ciebie… Nie, nie mam żalu, na twoim miejscu zrobiłbym to samo. A, no i lokal. Cholera, żal mi tego baru, był jak mój dom. I jeśli już się wygadasz to zanim wpakujesz mi kulkę między oczy, to mam jeszcze dla ciebie propozycję. Wiem, wiem jak to brzmi, ale możemy się dogadać. Nie twierdzę, że polegać to ma na tym, że przeżyję, ale jeśli sprowadzisz do mnie, do piekła, czy gdzie tam trafię, kilku gnojków, będę zadowolony. O ile nie robicie razem, wtedy raczej to nie wchodzi w grę.


  • Mistrz Gry

    Olbrzym nie odezwał się. Kominiarka, którą po napiciu się trunku z powrotem zsunął na podbródek, podkreślała biel jego gałek ocznych, a z tej odległości tęczówki i źrenice zlewały się w pojedyncze czarne plamki. Tymi oczami mężczyzna wpatrywał się w Alexa, a ten, nie wiedzieć czemu, zaczął odczuwać niepokój. W życiu naprawdę rzadko spotykał takich ludzi. Ludzi, których sam wzrok powodował u niego chęć ucieczki. A ten gość był jednym z nich.
    Naraz jeden z najemników podszedł do szefa i powiedział coś do niego, chyba po meksykańsku. Ten ledwo zauważalnie skinął głową, a podwładny wyszedł korytarzem prowadzącym na tyły.
    – Nie jesteś zwykłym gangsterem – powiedział wreszcie olbrzym – tak jak ja nie jestem zwykłym mordercą. – Odsunął się od lady i zaczął powoli iść w stronę Alexa. – Widzisz, w biznesie… w tym biznesie wszelkie działanie sprowadza się do przetrwania. Każdy dobiera sobie odpowiedni dla siebie i pasujący mu sposób, aby to zrobić. Moje sposoby są… kontrowersyjne nawet dla takich mend jak Pingwin czy Sionis. Ale ja różnię się od nich tym, że nie patrzę ani na przedmioty, ani na pieniądze. Moje cele są bardziej… pragmatyczne. Wynikają ze mnie, nie z marnych pobudek zdeprawowanego umysłu. – Gdy podszedł już do stolika przed Alexem, oparł się o niego rękami, świdrując wzrokiem właściciela lokalu. – Mój umysł jest czysty. Już od dawna. Twój… – przekrzywił lekko głowę. – Twój nie jest… a jednak dostrzegam, że twoje cele są podobne do moich. Nie są to marności typu pieniądze czy sława. Różni nas tylko skala naszych ambicji. Ja mierzę znacznie wyżej niż ty. Rozumiesz, o czym mówię?


  • Elarid

    Po prostu zajebiście, nie dość, że kawał draba, to czytał za dzieciaka coś więcej, niż komiksy. Gdzie podziali się ci wszyscy silni, ale głupi, których dałoby się przekabacić? - pomyślał, milcząc przez chwilę.
    - Pieniądze to środek do zdobycia prawdziwego celu w życiu, a nie sam cel. Przynajmniej według mnie. Wątpię, że gdybym miał teraz pod ręką kilka ciężarówek wypchanych po dach dolarami to bym cię przekabacił. A sława? Dla sławy zaciągnąłem się do woja, miałem być bohaterem, któremu medal da sam prezydent. Po tym jak na moich oczach ginęli podobnie myślący, młodzi chłopacy, porzuciłem i to. A te ambicje… Uwierz, że miałem się zamiar rozkręcić, a to, co osiągnąłem, to i tak nieźle jak na przeznaczony na to czas. Ale tak, chyba rozumiem, o czym mówisz. Tylko co mi to da?


  • Mistrz Gry

    Olbrzym odwrócił się i znieruchomiał na chwilę. Dopiero teraz Alex zauważył dziwne kształty na jego plecach, w okolicy szyi. Wyglądały jak dziwne wybrzuszenia pod kurtką. Usłyszał odpowiedź:
    – Sądzę, że spełnienie. I spokój.
    Mężczyzna odwrócił się, płynnie wysuwając przed siebie pistolet.
    Alex nie miał żadnych szans na uniknięcie egzekucji.
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    Światło zgasło.
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    Światło w lokalu zgasło, nagle, nieoczekiwanie. Olbrzym chyba rozumiał, jak ważne jest robienie jednej rzeczy naraz, bo w półmroku (okna zasłonili już wcześniej najemnicy) Alex zauważył, ze chowa broń. Powiedział coś po hiszpańsku, a trzech ludzi w sali poruszyło się, biegnąc w różne strony. Za to właściciel lokalu mógł zdecydować, co zrobić teraz. Mężczyzna, który go pilnował, na moment odwrócił się, zaciekawiony nagłym dźwiękiem dobiegającym z korytarza. Był to przeciągły syk, coś jakby… Nagle zza rogu dał się widzieć jasnoszary dym i zaczął powoli wypełniać salę.
    – To nie on! – krzyczał w międzyczasie olbrzym, już po angielsku. – Jego nie ma w mieście, rozumiecie? Nie ma! Zabijemy intruza.


  • Elarid

    Domyślając się, że to o niego chodzi, gdy była mowa o zabijaniu intruza (a nawet gdyby, wyciągnięta wcześniej spluwa mówiła sama za siebie), nie miał zamiaru czekać, aż ktoś sobie o nim przypomni, ani też marnować czasu na dziękowanie komukolwiek lub czemukolwiek za ratunek. No, nie taki do końca ratunek, bardziej okazję do ocalenia skóry, którą postanowił od razu wykorzystać. Wstał błyskawicznie, wymierzając tamtemu solidnego kopniaka prosto w krocze, aby później poprawić prawym sierpowym w twarz. Chodziło mu tylko o to, aby go oszołomić, przynajmniej na chwilę, i wyrwać broń. Jeśli jednak tamten stawiałby się za długo, odpuścił i zaczął uciekać bez broni, nim ktokolwiek się zorientuje i zacznie pruć ołowiem. Liczył na to, że nie obstawili lokalu kompletnie, w końcu znał bar jak własną kieszeń i mógł poruszać się po nim nawet w dymie czy ciemności, korzystając z tej wiedzy usiłował uciec.


Log in to reply