Plantacja Braci Smith


  • Elarid Mistrz Gry

    Nie mieli nic, a w ciągu kilku dni rozkręcili swój biznes do niewyobrażalnych rozmiarów. Czterech braci z jednej matki i ojca, nierozłączni, często dający świadectwo o byciu swoimi przeciwieństwami kupili ziemie za wygrane w karty pieniądze, a później zaczęli budować tu swą plantację. Zapewne gdyby nie finansowa pomoc Magrudera i ochrona jego ludzi, a także wykorzystanie dziesiątek lub nawet setek niewolników z rasy Mivvoci nie osiągnęłoby to tak wielkich rozmiarów.
    John, Jack, James i Jacob Smith czyli sławni Bracia Smith. Pierwszy z nich to ten sam szuler i kasiarz, który zarobił swoją grą na plantację i wciąż gra, ale rzadko kiedy na pieniądze, woli zajmować się planowaniem, organizowaniem i doglądaniem upraw, do czego także ma smykałkę. Jack to mięśnie tej rodziny, to on osobiście zwerbował i przeszkolił wszystkich dwudziestu najemników broniących plantacji przed atakami dzikich zwierząt, potworów, bandytów i konkurencji. Trzeci z braci to prawnik, lekarz i ten, który zarządza całą papierkową robotą oraz administracją. Jacob zaś zajmuje się niewolnikami i choć zdobywa ich an targach lub własnoręcznie, to słynie z pobłażliwości względem nich i sporej łagodności, co nie jest w smak reszcie rodziny.
    Głównym budynkiem jest wykonany z marmuru i cegły dworek braci, gdzie mieszkają, przyjmują gości i tak dalej. Przylegają do niego drewniane budynki gospodarcze i służby, a także baraki niewolników. Wokół zaś rozciągają się pola najróżniejszych warzyw i owoców, a także roślin przynoszących największe zyski, czyli tytoniu i bawełny, najnowszych, ale już dochodowych, inwestycji braci.
    Jako jedni z nielicznych zdołali pozbyć się Magrudera, spłacając jego dług w złocie i niewolnikach, których też sobie z jakiejś przyczyny zażyczył, więc nie jest on tu częstym gościem, zajmując się swoimi interesami, tak jak i bracia ‐ swoimi.
    Dzikusi nie zaprzątają im głowy nie dzięki ochronie i płotowi, ale bliskości linii kolejowej, która ich skutecznie odstrasza.


Log in to reply