Twierdza Fogena
-
Położona na wyspie Fogen twierdza, będąca pierwszą linią obrony ludzi zamieszkujących Archipelag Błękitnej Tafli. Wbrew pozorom, nie znajduje się tutaj dużo żołnierzy, a większe oddziały, czy okręty zatrzymują się tutaj jedynie, by uzupełnić zapasy, czy skorzystać z pomocy medyków, czy rzemieślników. Sama Twierdza, położona na północy, jest jednak odpowiednio zbudowana i wyposażona, by garstka obrońców mogłaby się tutaj bronić przez dłuższy okres czasu, aż do przybycia odsieczy. Na wyspie znajduje się też kilka lasów, dróg i ukrytych ścieżek, a także sieć tuneli prowadzących z twierdzy do lasu w razie zwycięstwa wroga. Na wyspie Fogen znajduje się również kilka wiosek i dwa porty, z czego większy, wojskowy, znajduje się na południu.
-
Relis Mementor, Brzozą zwany, opuścił rano swoją kajutę i rozejrzał się po górnym pokładzie, w poszukiwaniu reszty swoich towarzyszy. Droga morska już mu doszczętnie zbrzydła, a nadal nie został poinformowany, ile brakuje do brzegu. Chociaż, ku swojej własnej radości, zauważył ją daleko na horyzoncie, co mogło oznaczać, że się do niej zbliżają. Więc tym bardziej musiał znaleźć resztę Paladynów, by przyjąć instrukcje, co zrobić, gdy dotrą do brzegu.
Co do ich środka transportu, był to starszy już Bryg, pływający pod prywatną banderą jakiegoś odważnego człowieka, który zgodził się ich przetransportować. -
//Ciągle zapominam o tym, że muszę ręcznie dodawać do obserwowanych tematy, których nie jestem autorem.//
Poszukiwania nie były trudne, wszystkich swoich kompanów znalazłeś w mesie okrętowej, gdzie zasiedli przy jednym stole i oddali się grze w kości. Jeszcze sto lat temu hazard pośród Paladynów byłby czymś nie do pomyślenia, ale teraz? Trzeba przyznać, że w zakonie zapanowało o wiele większe rozprężenie niż choćby przed stu laty. -
//Możesz obserwować przecież całą kategorię. //
-
//Teraz już to wiem.//
-
Szczerze, z tego wszystkiego najbardziej zaskoczyła go tutaj obecność Klona. Spodziewał się go gdzieś na uboczu, tak jak zawsze. Ale no cóż, wspólna podróż może wymusić nowe zachowania. Jak na razie, dosiadł się do reszty Paladynów.
-W końcu się zbliżamy. -
Pokiwali głowami, kończąc partię. Każdy oddał się swoim myślom na temat tego, co Was tam czeka. Niektórzy pewnie wątpili w sens wysłania Paladynów na tę wysepkę, bo do tej pory każda inwazja Demonów, Upadłych i Mrocznych Elfów była odpierana bez Waszej pomocy. Sądzili pewnie, że bardziej przydadzą się światu na kontynencie. Inni za to mogli być pełni obaw co do rozmiarów floty, jaka zaatakuje, jeśli Piekło rzeczywiście zechce szturmować tę wyspę i cały archipelag.
-
Sam się spodziewał nudy i pewnie obowiązkowej pomocy tamtejszym, jeżeli nic się nie będzie działo, ale szczerze mu to nie przeszkadzało. Zwłaszcza, że czasy bywały coraz trudniejsze, a przeciwnik wykazywał zmęczenie i zestarzenie się znacznie później, niż on. Lecz obowiązek należało spełnić do chwili zakończenia wojny, lub śmierci w niej.
-
I na tych niewesołych rozmyślaniach minęła Ci reszta czasu, gdy okręt wreszcie dobił do portu na wyspie.
-
Sprawdził jeszcze raz swoje wyposażenie, po czym ruszył za resztą Paladynów. Nie było sensu się tutaj rozwodzić, gdyż wytyczne mieli jasne. Najpierw mieli się udać prosto do Twierdzy Fogena.
-
Maszerowaliście z portu na południu na północ udeptaną ścieżką, mijając po drodze jakąś wioskę, choć jej pogrążeni w pracy i codziennej rutynie mieszkańcy Was nie zauważyli. W przeciwieństwie do nich, wartownicy w twierdzy dostrzegli Was już z daleka, ale jedynie otworzyli Wam bramy, o nic nie pytali, najwidoczniej uprzedzono ich o Waszym przybyciu, a każdemu ze zwykłych żołnierzy królestwa zrobiło się raźniej, gdy zobaczyli po swojej stronie słynnych Paladynów Złotej Pięści.
-
Kroczył dalej za swoim przywódcą. Podobała mu się nawet ta okolica. Olsza z pewnością upodoba sobie mury, a Klon… no cóż, z nim może być różnie, ale i tak się sprawdzi w tych warunkach. Przecież każdy mówił, że się sprawdza wszędzie. Sam natomiast liczył, że jak zrobi się ostro, to mu przypadnie ochrona bramy.
-
W środku zastaliście dość skromny garnizon, doliczyliście się niespełna sześćdziesięciu ludzi, wystarczająco, jak na lokalne standardy, ale gdyby doszło do jakiejś potężniejszej inwazji, cała załoga zostałaby zmieciona z powierzchni ziemi w ciągu kilku chwil. Dobrze, że raczej do tego nie dojdzie, żeby tu wylądować, Demony i ich sługi musiałyby najpierw zniszczyć flotę obronną królestwa, co jest raczej niemożliwe.
Królestwo w tych ciężkich czasach oferowało broń i służbę każdemu, kto spełniał niezbyt wygórowane warunki, na co nieprzychylnie patrzyli tacy elitarni wojownicy jak Wy. No, nie wszyscy i nie zawsze, choćby teraz, gdy Olcha zatrzymał wzrok na dłużej na kilku przechodzących obok Was kobietach, sądząc po wyposażeniu, zapewne łuczniczkach. Po chwili rozległ się głuchy odgłos metalu uderzanego o metal, gdy dowódca zdzielił w hełm młodego żołnierza.
- Przyzwoitości. - mruknął Dąb.
- Spokojnie, dowódco. - odparł niechętnie młody. - To tylko kontrola żołnierzy.
- Nie kontrolujcie ich zbyt dokładnie… Zaczekajcie tu na mnie, idę porozmawiać z dowódcą garnizonu. - powiedział, a jak powiedział, tak zrobił i po chwili zniknął w jednym z budynków twierdzy. -
Skorzystał z okazji i oparł się o ścianę, przy okazji sprawdzając stan swojego wyposażenia. Przygotowanym trzeba było być zawsze, a w razie nudy ćwiczyłby z tutejszymi żołnierzami, lub ścinałby drzewa toporem. To nawet dobry trening mięśni, chociaż Dąb często powtarzał, że trening psychiczny jest ważny, a nawet ważniejszy od treningu fizycznego. Zwłaszcza, kiedy walczyło się już tak długo, chociaż Brzoza nie był skłonny przyznać mu w tym racji.
-
Wszystko gotowe do ewentualnego użycia, lśniące i zadbane, nawet pomimo ciągłego kontaktu z solą i morską wodą. Żołnierze i inni ludzie przybywający w fortecy udawali, że wciąż zajmują się ćwiczeniami, musztrą, obserwowaniem okolicy czy innymi obowiązkami, ale wszyscy przyglądali się Wam z ciekawością, większość pewnie kojarzyła Paladynów tylko z opowieści tych, którzy wybrali się kiedyś na kontynent, a inni zapewne nie znali Was wcale.
-
To i lepiej, nie stworzą się fałszywe przesłanki w stylu “pewnego bezpieczeństwa”, czy “wielkich obrońców”. Im mniej ich znali na prawdę, tym mniejsze mieli oczekiwania. I dzięki temu radość w przypadku sukcesów byłaby większa, a smutek w razie porażki mniejszy. Spojrzenia jak na razie były im przychylne, czy pojawiły się też te wrogie?
-
Ciężko byłoby wrogo patrzeć na kogoś, kto przyszedł im z pomocą. Przynajmniej teraz.
-
Przynajmniej tyle dobrego. Pozostało mu czekać na dowódcę.
-
- Kim jesteście? - zagadnął Cię jeden z żołnierzy, na oko dwudziestoletni młodzian, żujący korzenie jakiejś rośliny, który jako pierwszy wyłamał się z szeregu ciekawskich, aby zadać to pytanie, zapewne pierwsze z wielu, które nurtowało większość zgromadzonych.
-
- Paladynami - odpowiedział, całkiem szczerze, żołnierzowi.
-
Pokiwał głową, ale widać, że liczył na więcej, bo kompletnie nic mu to nie mówiło.
-
I nie musiało, zaprezentuje się w boju, jeżeli do tego dojdzie. Lub podczas treningu, co jest bardziej prawdopodobne.
-
Widząc, że jesteś równie błyszczący, co małomówny, żołnierz zrezygnował i odszedł. W ten sposób przyjaciół sobie raczej nie zrobicie.
-
Zobaczą to w boju, zresztą nie wiadomo, czy nie zostaną przeniesieni na kontynent. W razie czego to zacznie zdobywać znajomości po drugim tygodniu. Jak na razie jednak pozostało mu czekać na swojego dowódcę.
-
Ten przybył po dodatkowych kilku minutach czekania.
- Przydzielą nam kwatery. Resztę dnia możecie odpoczywać, zwiedzać wyspę albo rozglądać się po twierdzy. Naszą misję zaczniemy naprawdę od jutra. -
Pokiwał głową, zgadzając się na to, po czym czekał, aż inni wprowadzą to w życie. Uznał, że zwiedzi wyspę, w końcu nie była duża.
-
Wasza kwatera znajdowała się na uboczu, ale przylegała do baraków zwykłych żołnierzy. Jednak gołym okiem było widać, że to dobudówka, powstała może wtedy, gdy dowódca twierdzy dowiedział się o Waszym przybyciu. Na przesadne luksusy nie było jednak co liczyć, było tu jedynie sześć łóżek w jednym pomieszczeniu oraz osobny pokój ze stołem, krzesłami i tym podobnym umeblowaniem, w sam raz na omawianie jakichś kwestii, grę w karty czy po prostu odpoczynek bez wychodzenia na zewnątrz.
-
Sześć łóżek to i tak nadmiar, jednakże sama kwatera mu pasowała. Wiedząc już, gdzie będzie spał i spędzał czas ze swoimi braćmi w boju, ruszył na plac ćwiczeniowy. Może uda się poćwiczyć z jakimś szermierzem tutaj, dzięki czemu zorientuje się, jak sobie poradziliby w boju.
-
Miałeś szczęście, bo kilkunastu rekrutów ćwiczyło właśnie grupowe posługiwanie się ćwiczebną bronią z drewna. Szło im całkiem nieźle, choć wątpiłeś, że mieliby jakiekolwiek szanse z Tobą czy jakimkolwiek innym Paladynem, nawet gdyby rzucili się wszyscy razem. Ale dawali z siebie wszystko, a drący mordę oficer usiłował wycisnąć z nich jeszcze więcej.
-
Obserwował ich przez chwilę. Żeby odbyć swój trening na zadowalającym poziomie, musiałby ich pokonać, a przecież rannych nie wystawią do walki. Trochę słabo.
-
Drewnianą bronią mógłbyś nabić im tylko kilka siniaków. No, o ile nie włożysz w to całej siły i nie będziesz celować w jakieś żywotne miejsca, na przykład głowę.
-
A szlag, może się spróbować. Oficer drący mordę był jedynym wysokim rangą w okolicy?
-
Tak, wychodzi na to, że owszem. A, jako Paladyn, mógłbyś go nawet teoretycznie przewyższyć rangą, gdyby była taka potrzeba.
-
Zbliżył się więc do niego, czekając, aż ten go zauważy. Chociaż, w sumie, samemu mógłby zacząć.
- Dopiero rozpocząłeś ich trening, czy już trochę trwa? -
- Ja bym tego nawet treningiem nie nazwał. Oni chyba o kilka pokoleń za długo mieszkają na tych wyspach, bo zmiękli jak cholera. - odparł oficer. - I miło widzieć, że nie zapomnieliście o nas.
-
- Nie zapominamy o sojusznikach - odpowiedział. - I myślę, że mogę zaproponować tobie pomoc tu i teraz.
-
- Oszczędzaj swoje mistyczne wzmocnienia ludzi i broni na chwilę, gdy naprawdę będą nam potrzebne. - prychnął mężczyzna. - Ale jeśli chcesz ich potrenować, to proszę bardzo.
-
- Owszem, mogę - kontynuował rozmowę. - Nie wiem, czy któryś z nich widział Herolda Piekieł w walce, ale ja widziałem. I też myślę, że mógłbym im pokazać, z jaką siłą mają do czynienia.
-
Instruktor kazał przerwać ćwiczenia i zrobił kilka kroków w tył, dając Ci miejsce i pole do popisu.
-
- Dobra, żołnierze! - zakrzyknął, zwracając na siebie uwagę. - Dzisiaj jest was szczęśliwy dzień, gdyż zostanie wam przedstawione nowe ćwiczenie. Ćwiczenie walki, które powinno wam się przydać w przyszłości. Otóż my, Paladyni, kilka razy już spotkaliśmy się z przeciwnikami, o których krążą straszne opowieści. Opowieści o ich sile, inteligencji, czy potędze. Mowa tutaj o Heroldach Piekieł. Moim zadaniem jest przedstawienie wam, jak wyglądałaby walka z nimi, oraz co powinniście zrobić, żeby przeżyć.
-
Demony nigdy nie postawiły swoich śmierdzących siarką stóp na którejkolwiek z wysp Archipelagu Błękitnej Tafli, ale dzięki opowieściom Kundli, marynarzy i handlarzy ze Związku Sainenskiego oraz uchodźców z kontynentu pogłoski o ich potędze dotarły nawet tutaj, więc nie ma co się dziwić, że nazwa ta wzbudziła w rekrutach spore emocje, głównie strach i niepewność.
-
- Wiem, że gdyby doszło do spotkania takowego przeciwnika na polu walki, to pojawiłyby się wątpliwości. Wątpliwości związane z tym, czy wygracie walkę. Jednakże moim zadaniem jest pokazanie wam, że Heroldzi Piekieł, chociaż są potężni, nie są nieśmiertelni i da się ich pokonać. Lecz, zanim zaczniemy, kilka uwag. Po pierwsze, unikajcie starcia jeden na jeden. To najprostszy sposób, żeby przegrać, bo do takich pojedynków oni są przyzwyczajeni. Dalej - kontynuował - liczy się współpraca. Jeżeli zaatakujecie go w grupie, to nie możecie sobie wchodzić w paradę, bo sami sobie zaszkodzicie. Powinniście wręcz instynktownie działać tak, żeby Herold nie mógł sparować wszystkich ataków. Otoczcie go, wprowadzajcie silne ciosy mające wytrącić mu broń z ręki, czy też nie pozwólcie na to, by odpoczął. I jeszcze jedna z podstaw. Herold nie zjawiłby się sam, miałby wsparcie. I jeżeli nie jesteście pewni, czy powinniście walczyć z Heroldem, to zaatakujcie jego wsparcie, zróbcie miejsce dla towarzyszy, którzy zaatakują Herolda. Jakieś pytania, czy rozpoczniemy pokaz?
-
Pytań brak, więc możesz zaczynać.
-
- Jeżeli wy nie macie pytań, to pozwólcie, że ja wam zadam jedno. Jeżeli spotkacie się z sytuacją, w której wy staniecie twarzą w twarz z Heroldem, co zrobicie? Uznajmy, że macie pełny pancerz, dobrą broń i wsparcie najwyżej dwóch kompanów z podobnym sprzętem. No, jakaś sugerowana odpowiedź?
-
- Panie Paladynie, pan sierżant by wtedy powiedział: “A Wy co, wyspiarskie wymoczki? Chcecie żyć wiecznie?”. - zaczął jeden z rekrutów, oparty niedbale o swoją broń, a kilku innych parsknęło śmiechem. - No i inni powiedzieliby pewnie, że nie, i wzięliby się za tego dojebanego Demona. Ale ja bym powiedział “Oczywiście, że kurwa tak, panie sierżancie” i zostawiłbym go innym.
Może nie takiej odpowiedzi oczekiwałeś, ale na pewno rozluźniła ona nieco emocje wśród rekrutów, a Ty wiesz też, na kogo musisz mieć oko, w końcu nie wiadomo, w jakim stopniu ten tutaj jest oddziałowym żartownisiem, a w jakim rzeczywistym panikarzem i oportunistą. -
Będzie miał na jego oko, błazny są przydatne, ale nie są z drugiej strony mistrzami w walce i niezbyt pchają się do prowadzenia bitew.
- Prawda jest taka, że na twoim miejscu każdy powinien podjąć twoją decyzję - odpowiedział - ale nie powinien uciekać, a przegrupować się. Heroldowie są specjalistami w walce, dlatego też i my nimi się stajemy. By na groźnego przeciwnika wysłać równie groźnego zawodnika. Lecz, z doświadczenia wiem, że i wśród was znajdują się ukryte talenty, które mogłyby obecnie napsuć krwi Heroldowi. Ale to za mało. Ja nie chcę, żebyście psuli mu krew. Ja chcę, byście go zabili. To pierwsza kwestia. Druga, to to, że do tego, oprócz waszych naturalnych talentów, dochodzi doświadczenie. Ja nie jestem tutaj na wakacjach, więc będę was szkolił. Wszystkich razem i każdego z osobna. Dlatego, jeżeli ktoś będzie chętny, to może się do mnie zwracać per “panie trenerze”. I myślę, że dzisiaj warto pokazać, że mogę was dobrze wyszkolić na jakiekolwiek zagrożenia.
Po tej przemowie wbił swój miecz w głowę, a następnie położył obok niego swój topór i zdjęty płaszcz, po czym się oddalił, by pokazać, że nie jest uzbrojony.
- Czy ktoś chciałby spróbować? Tak na rozgrzewkę? -
Z szeregu dość pewnie, po bardzo krótkiej chwili wahania, wystąpił jeden z rekrutów, przysadzista góra mięśni, zagrzewany do boju przez okrzyki kolegów.
- Nazywa się Rodo. - wyjaśnił Ci śmieszek. - Dwa miesiące temu wrócił z kontynentu. Było ich pięć okrętów i tysiąc ludzi, wróciła ledwie setka na jednym statku, a on na ich czele. Gość odrywał skrzydła Sukkubom i skręcał karki Rogatych Demonów gołymi rękoma. -
W głowie Mementora zaczął układać się powoli nowy plan, który może nie miał na celu ośmieszenie wojownika, ale z pewnością… pomoże w wyjaśnieniu sytuacji, z jaką się tutaj zjawił.
- Miło więc poznać kolegę weterana - rzucił. - Więc, Rodo, z pewnością znasz podstawy. Przejdziemy więc do prawdziwej części, prawda? -
- To będzie ta część, w której skopię Ci tę lśniącą dupę, tak? - zapytał, wzbudzając salwę śmiechu żołnierzy wokół.
-
- Świetnie! - zawołał Mementor. - Bo to jest dokładnie twoje zadanie. Z taką różnicą, że eskortujesz tę bandę kobiet i dzieci - mówiąc to wskazał na żołnierzy, którzy stali za Rodo. - A ja, w tym wypadku, nie należę do tych Demonów, które stają do walki z równymi sobie bestiami. Bez urazy, ale bestią w walce jest każdy, kto umie przetrwać więcej, niż trzy bitwy. No więc, Rodo, ważne pytanie. Co masz za plecami? - Jeszcze raz, lekko sygnalizując dłonią odpowiedź, którą uniósł i ponownie wskazał na grupkę żołnierzy za Rodo.