Szczegóły grupy Prywatna

Terrible Stench

Nadeszły okrutne i brutalne czasy, których nikt się nigdy nie spodziewał. Martwi stają się półżywi, którzy łakną mięsa, a żywi starają się nie być zjedzonym i próbują przetrwać ten syf. Wciel się w stworzoną przez siebie postać i kieruj nią tak, aby żyła jak najdłużej.

  • RE: Krwawe Wybrzeże

    - Krasnoludy są chciwe. Ze znanych mi ras najbardziej. Żyją długo i przez cały ten długi żywot gromadzą złoto i inne bogactwa, których nawet nie wydają. Przypominają w tym Smoki i wiele naszych sag opisuje te skrzydlate bestie, które wylegują się na stosach krasnoludzkich kosztowności, w ich zrujnowanych twierdzach, gdy wcześniej wybiły wszystkich mieszkańców. Ale zawsze znajduje się wtedy odważny Nord, który zabija potwora i zgarnia łupy… Ale o czym to ja? Ach tak, skarbiec.
    Po tych słowach Wulig przerwał na chwilę i zawołał coś do stojącego najbliżej wojownika, a ten od razu podniósł się z miejsca i gdzieś pobiegł, po krótkiej chwili wracając z kuflem pełnym piwa, który podał zastępcy Sibbora. Ten opróżnił go duszkiem, jedną ręką odrzucając kufel na bok, a wierzchem drugiej ocierając usta i brodę z piany.
    - Dzięki ci, młody wojowniku. Niech Tempus zawsze prowadzi twoją rękę, a twój topór niech nigdy się nie stępi… A więc Krasnoludy: do naszej ojczyzny przybyły przed wiekami, może wcześniej, gdy ich plemię zasiedliło wszystkie góry w Verden, a nawet tych kilka w Nirgaldzie. Tak jak ci z pustyni, gdy mijały dekady i wieki, oni coraz bardziej wsiąkali w swój nowy dom, a kontakty z odległą ojczyzną i dalekim królem były coraz rzadsze, choć gdy ich państwo w Verden ich potrzebowało, wysyłali tam pieniądze, oręż i wojowników. Na ich nieszczęście, król z Verden odwdzięczał się za taką pomoc rzadko, przez co wiele ich twierdz wpadło w ręce Zielonoskórych lub zostało opuszczonych. Tak czy siak, Krasnoludy zaczęły rządzić się po swojemu. Na czele każdej twierdzy stanął Jondug, co w narzeczu, jaki stworzyli z połączenia swojej mowy, języka wspólnego i słów Nordów, w praktyce oznacza króla. Przez szacunek do swego władcy nie mówili tak sami o sobie, ale byli królami: prowadzili armie na bitwy, ściągali podatki, paktowali, ustanawiali prawa i tak dalej. I mieli najwięcej bogactw. Aby uniknąć zagrożenia ze strony Smoków lub innych najeźdźców, wielu Jondugów buduje skarbce na swoje bogactwa poza twierdzami, którymi władają, a drogi do nich są zwykle znane tylko garstce zaufanych sług i budowniczych. My mieliśmy wówczas szczęście, zmarł bowiem Jondug Białego Szczytu, jednej z krasnoludzkich twierdz, i zgodnie ze zwyczajem, miano pochować go w skarbcu z większością dóbr, których nie rozdał w swej ostatniej woli. Gdy dotarły do nas te wiadomości, nasi ludzie przez wiele tygodni, dzień i noc, czatowali przy gościńcu prowadzącym do Białego Szczytu. Wielu zaczęło się burzyć, gdy czas mijał, wierząc, że nas oszukano, że się spóźniliśmy. Ale wtedy bramy miasta otworzyły się i opuścił je wielki kondukt pogrzebowy. Biały Szczyt opustoszał, a jeden z naszych wojowników zażartował, że gdyby Krwawe Orły miały teraz tylu wojowników, co przed bitwą o obóz, moglibyśmy zdobyć całą twierdzę i splądrować ją, gdy Krasnoludy wrócą. Tak czy siak, my śledziliśmy żałobników, dzięki czemu poznaliśmy drogę do skarbca. Poza tymi bogactwami, które zmarły Jondug miał zachować dla siebie, trafiały tam też pożegnalne dary od tych, którzy chcieli pożegnać zmarłego lub przypodobać się jego zastępcy. A gdy i to się skończyło, wydano ucztę pod skarbcem, która trwała trzy dni i trzy noce, my w tym czasie rozbiliśmy obóz w pobliżu i czekaliśmy. Gdy uczta zbliżała się ku końcowi, a wrota skarbca miały zostać zapieczętowane przez strażników i dworzan Jonduga, jedynych, którzy nie mogli pić podczas uczty, ja, Sibbor i kilku naszych wojowników udaliśmy się tam, podczas gdy reszta naszych skryła się w pobliżu. Mieliśmy na sobie doskonałe odzienie i zbroje, a przy pasach przednią broń. Wszystko dzięki wysłannikom Klanu Łosia, sojusznikom Krasnoludów z Białego Szczytu, których zaatakowaliśmy, gdy zmierzali na ucztę. Poza tymi wybranymi, większość Krasnoludów była niemal martwa od nadmiaru alkoholu, trzy dni i noce picia to za wiele, nawet jak na nich. Przedstawiliśmy się im jako wysłannicy z Klanu Łosia i powiedzieliśmy, że chcemy złożyć dary, głównie futra i broń. Zgodzili się, choć było już na to za późno, i wprowadzili nas do skarbca… Wiele w życiu widziałem, zwłaszcza później, gdy opuściliśmy naszą ojczyznę w poszukiwaniu łupów i chwały, ale tamten skarbiec… Po środku stał kamienny, pozłacany sarkofag, ozdobiony krasnoludzkimi symbolami, scenami z życia Jonduga i jego podobizną. U jego stóp wszystkie złożone przez biesiadników dary. A wszędzie wokół, gdzie okiem sięgnąć, piętrzyły się bogactwa: wspaniała broń i pancerze, złocone i zdobione pochwy czy pasy, futra i skóry, złoto i srebro, tak w sztabach jak i monetach, które chowano do ciężkich skrzyń, a do tego zastawa stołowa, kielichy, narzędzia i wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić, zrobione ze złota… Wykorzystując to, że Krasnoludy nie spodziewały się niczego, zabiliśmy tych, którzy weszli z nami do skarbca, resztą zajęli się nasi kompani, pilnując drzwi, my zaś zajęliśmy się rabowaniem. Do worków wsadzaliśmy wszystko, nawet nie patrząc, bo wiedzieliśmy, że ma to wartość większą, niż sobie wyobrażamy. Ale wtedy stało się coś, czego nie rozumiemy do dziś. Jakaś Magia, jak myślę: kamienne posągi Krasnoludów, które ozdabiały kolumny w skarbcu, dużo większe od nawet najroślejszych z was, ożyły i z kamiennymi młotami i toporami w dłoniach, ruszyli ku nam. Walka, jaka się wywiązała, wzbudziła zainteresowanie biesiadników po drugiej stronie drzwi, którzy zaczęli się budzić, a widząc wśród siebie Nordów i trupy swoich współplemieńców, natychmiast chwycili za oręż i rzucili się na naszych wojowników. Myślicie sobie, że tamci nie mieli trudnego zadania? Głupota. Pijany Krasnolud jest groźny, a gdy jest pijany i wściekły to niewiele może go zatrzymać. Nasi ustawili mur tarcz, miotając zza niego oszczepami i strzelając z łuków, desperacko starając się utrzymać, abyśmy my mogli wyjść. Ale nie było to takie łatwe, gdy kamienne potwory rzuciły się na nas. Nasza broń, choć przednia, krasnoludzka robota, nie imała się ich prawie wcale, oni zaś swym orężem, a nawet kamiennymi pięściami i stopami, masakrowali kolejnych spośród nas. Jeden z nich natarł na Sibbora, jednym ciosem młota wytrącając mu trzymany w dłoni miecz. Wódz zaczął uciekać, ale kamienny Krasnolud nie odpuszczał i w końcu przyparł go do muru. W akcie desperacji, sięgnął on po jeden z wiszących na ścianie toporów i machnął nim prosto w wyciągniętą po niego dłoń. Nie wiem czy te kamienne potwory potrafiły coś czuć, ale tamten na pewno był zdziwiony, gdy jego kamienna dłoń huknęła o ziemię. Ten topór zadziałał, choć z wyglądu nie różnił się od innych. Uzbrojony w skuteczny oręż, Sibbor zmienił kamiennych wartowników w sterty gruzu, a my unieśliśmy nasze łupy i zabitych towarzyszy, nie chcąc zostawiać ich ciał na pastwę żądnych zemsty Krasnoludów. Opuściliśmy skarbiec, gdzie nasi kompani ledwo się trzymali, ale gdy Krasnoludy zobaczyły broń w dłoniach Sibbora, natychmiast odstąpili, a my, nie zastanawiając się nawet czemu, uciekliśmy z tyloma łupami, ile zdołaliśmy unieść. Po tym staliśmy się tak znienawidzeni wśród Krasnoludów, i to nie tylko z Białego Szczytu, że unikaliśmy ich za wszelką cenę, wiedząc jak srogi może być ich gniew. Ale nie musieliśmy kryć się długo, jedynie zajęliśmy się naszymi poległymi braćmi, wyleczyliśmy nasze rany i ruszyliśmy na wybrzeże, gdzie opłaciliśmy naszych szkutników, aby skończyli drakkar, w tym czasie ucząc się od najemnej załogi wszystkiego, co potrzebne w żeglowaniu. A gdy wszystko było gotowe, podnieśliśmy żagiel i ruszyliśmy ku nowemu etapowi w życiu każdego z nas i w historii Krwawych Orłów: do Winteredge.

    napisane w Elarid
  • RE: [Metro-Zdzieszowice] Perła

    - Wszyscy wiemy, co musimy dziś zrobić. Nie spieprzmy tego. - rzucił w eter, niby do wszystkich, ale przede wszystkim to swojego jedynego oparcia w całej misji, zaangażowanego w cały plan Gwardzisty, z którym mieli dokonać czegoś, co może na zawsze zmienić sytuację w metrze… Tak czy siak, po tych słowach milczał, chcąc oczyścić umysł, i po prostu maszerował przed siebie, z całą resztą.

    napisane w [Radiotelegrafista] Zdzieszowice
  • RE: [Metro-Zdzieszowice] Stacja Szkolna

    - Ma pan talent do przemawiania równie mądrze i zwięźle, co pięknie, oficerze. - odparł Maruder i skiną na przydzielonego mu trepa, kierując się w stronę rynku i baraków, jak mu polecono, aby od razu wziąć się za wykonywanie zadania.

    napisane w [Radiotelegrafista] Zdzieszowice
  • RE: [Metro-Zdzieszowice] Tunele

    A więc ruszył w drogę powrotną, do miejsca, gdzie powinien czekać na niego Kulawy i ich nowe zdobycze, starając się iść mniej więcej tak samo, jak poprzednio, aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek. Ale i tak zachowywał ostrożność, rozglądając się wokół i nasłuchując, starając się utrzymać dobry balans między ostrożnością, a prędkością, bo i na jak najszybszym pokonaniu otwartego terenu mu zależało.

    napisane w [Radiotelegrafista] Zdzieszowice